Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Miasta Europy
Menu Główne
Strona główna    Tatry    Karpaty    Alpy    Apeniny   Góry Dynarskie    " Inne góry"     Polska     Europa
   Podmenu

: Gandawa
: Lwów
: Wenecja
: Monachium
: Wiedeń
: Słowacja: Bańska Stiavnica, Vlkolinec
: Portugalia: Lizbona, Sintra, Obidos, Leiria, Tomar, Fatima, Nazare
: Monfalcone (Włochy)
: Monako
: Węgry: Hajduszoboszlo, Budapeszt, Eger
: Hesja (Niemcy): Linden, Frankfurt nad Menem, Braunfels, Wetzlar
: Czechy: Praga, Hradec Kralove, Dvur Kralove nad Labem, Litomyśl
: Rumunia: Sibiu, Bran, Hunedoara
: Chorwacja: Zadar, Nin

NIEMCY
 Linden, Frankfurt nad Menem Braunfels

Data: listopad 2011

galeria

Katedra we Frankfurcie

Zabytkowy kościółek w Linden

Stara niemiecka architektura w Linden

Wieżowiec we mgle

Ratusz w Frankfurcie nad Menem

Na rynku we Frankfurcie

Odbudowane kamienice we Frankfurcie

Starorzymskie pozostałoście we Frankfurcie

Wnętrze katedry we Frankfurcie

Ulice Frankfurtu nad Menem

Giełda we Frankfurcie nad Menem

Lotnisko we Frankfurcie

Kolejka łącząca terminale

Zamek Braunfels

Wejście do zamku w Braunfels

Zabytkowe miasteczko Braunfels

Autostrada koło Frankfurtu nad Menem

Dworzec w Grossen Linden

Niedokończona katedra w Wetzlar

Zabytkowe centrum w Wetlzar

Linden to miejscowość, do której wyjeżdżałem dwa razy, w projekcie Comenius. Korzystając z wolnego popołudnia pospacerowałem na chybił-trafił po Linden. Trafiłem przypadkiem na malowniczy, mały kościółek, w stylu romańskim. Natrafiłem na zawodową fotografkę, która przybyła tu specjalnie, z uwagi na doskonałe warunki fotograficzne: właściwe światło – dzień był pogodny oraz wspaniałą porę roku – dywan z opadłych brązowych liści. Kościół miał prawdopodobnie swój początek w X/XI wieku, a obecną formę uzyskał na przełomie XII/XIII w. Oprócz tego jest tutaj wiele zabytkowych budynków o typowej dla tej części Niemiec konstrukcji szkieletowej. Później dowiedziałem się, że są tu jeszcze dwa inne kościoły, większość mieszkańców to ewangelicy, ale nie uczęszczają zbyt często do kościoła, Niestety, natrafiłem też na swastykę, namalowaną na chodniku.

Drugi dzień pobytu poświęcony był na zwiedzanie Frankfurtu nad Menem. Tak prawdę mówiąc pod względem turystycznym, to miasto nie oferuje zbyt wiele. Za to pani przewodnik opowiadała bardzo ciekawie. Pierwszą zmyłką dla mnie była polska flaga wisząca na ratuszu, nawet z naszym godłem. Moja teoria, związana z polską prezydencją w UE została szybko obalona, gdyż okazało się, że flaga Frankfurtu jest biało – czerwona, a jego godło to biały orzeł na czerwonym tle.

Jedynym wartym uwagi, ocalałym z bombardowań zabytkiem jest katedra św. Bartłomieja, przed którą znajdują się wykopaliska z pozostałościami pierwszych rzymskich osad. Sama nazwa Frankfurt składa się z dwóch członów Frank – od historycznych założycieli – narodu Franków oraz furt czyli bród (przejście) w rzece i oczywiście jest związane z legendą, jak to uciekający przed wrogami król znalazł cudowne przejście przez Men, które zaraz znikło, pogrążając wrogów, coś na kształt biblijnego przejścia przez Morze Czerwone.

Gospodarze chcieli nam pokazać Frankfurt Skyline, czyli wybudowane na wzór amerykańskich drapacze chmur, jednak wisząca mgła pozwalała dojrzeć jedynie kilka dolnych pięter. W ogóle Frankfurt to obecnie wielki plac budowy. Znajdujący się zaraz przy centrum budynek, który w latach 70-tych był uznany za najpiękniejszy w Niemczech, teraz jest burzony i na jego miejscu powstaną nowe budowle mające łączyć współczesność ze starym typowym frankfurckim stylem, na który składają się wąskie, wysokie kamienice ze stromymi, spadzistymi dachami. Kolejna dla nas miła ciekawostka: kilka odbudowanych w starym stylu kamienic na rynku to dzieło polskich budowniczych. Według słów przewodniczki, w Niemczech nie ma ludzi potrafiących budować domy w ten sposób, jedynych takich znaleziono w Polsce. Na koniec trasy z przewodniczką podeszliśmy pod budynek giełdy, bo przecież wiadomo, że jesteśmy w jednym z światowych centrów finansowych. No i oczywiście przed wejściem są dwie figury byka i niedźwiedzia, symbolizujących hossę i bessę.

Po czasie wolnym, zabrano nas na jedno z największych lotnisk w Europie. Prawdę mówiąc średnio interesowało mnie takie zwiedzanie, bo co można zwiedzić na lotnisku. Tym bardziej, że w ubiegłym roku spędziłem tu kilka godzin czekając na przesiadkę. Samoloty startują i lądują co parędziesiąt sekund. Przejechaliśmy się powietrzną kolejką łączącą terminale. Później zorientowałem się, dlaczego ta wycieczka tak długo trwa. Nauczycielka oprowadzająca nas była kiedyś stewardessą, więc fascynowały ją samoloty i cała ta otoczka: Patrzcie – Jumbo Jet! Patrzcie na rozkład – do ilu krajów możemy lecieć! Jakoś nie udzielał mi się jej entuzjazm. A całkiem dobiły mnie ceny w tutejszych sklepach – nie wyróżniając się niczym buty kosztują 500 Euro…

Powrót z Frankfurtu uświadomił mi, w jak ważnym tranzytowo regionie jesteśmy. Trzy pasy autostrady to i tak za mało, co chwilę się korkowała, a odchodzące i dochodzące drogi cały czas były pełne pojazdów, ani chwili przerwy.

Ostatni pełny dzień pobytu to rano znów praca w projekcie, spotkanie z nauczycielami – jest tu ich około 80. Jeden z nich chcąc „zapunktować”, na odchodne powiedział po polsku „do widzenia”. Trochę zazdrościliśmy im warunków pracy, przestronnego pokoju nauczycielskiego, wyposażenia sal. Ale już nie jesteśmy tak daleko, jak jeszcze kilka lat temu. Nie tylko w szkole. Ceny w przeciętnych sklepach podobne do tych w naszych, a nawet czasem niższe. Tylko pozostała różnica w zarobkach.

                Po południu udaliśmy się autokarem do Braunfels – miejscowości nad którą dominuje potężny zamek. Do tej pory większość spotkanych Niemców była w moim odczuciu bardzo dla nas miła, uprzejma, wręcz nie odpowiadająca stereotypowi Niemca. Dopiero tutaj można powiedzieć, że poznaliśmy typowego Niemca – przewodnika po zamku. Miał tak na oko przynajmniej 80 lat, wysoki, postawny. Wystarczyło, że zmierzył kogoś wzrokiem i zaraz doprowadził go do porządku. Fakt - bardzo ciekawie opowiadał, czystym i zrozumiałym angielskim, ale od czasu do czasu do towarzyszących nam Niemców dodawał niebyt miłe dla nas komentarze (uznając pewnie, że nikt z nas ich nie rozumie). Wyśmiewał się np. z  polskiej religijności (odpytując nas ze scen biblijnych przedstawionych na obrazach).

                Zamek ów jest prywatny, z tego, co zrozumiałem jedno ze skrzydeł zamieszkuje książę Norbert. W środku jest absolutny zakaz fotografowania czy dotykania czegokolwiek. A kolekcje naprawdę imponujące – doskonale zachowane zbroje (niektóre z nich ważyły 50 kg!), miecze, wspaniałe obrazy np. Van Eycka. W dwie godziny zwiedziliśmy 14 komnat, a jest ich 180. Nie tylko zamek, ale i całe miasteczko Braunfels jest zabytkowe, doskonale zachowane stare budownictwo. Jedynie ta mglista, zimna listopadowa pogoda przeszkadzała w pełni cieszyć się pobytem.

              W czasie drugiej wizyty byliśmy na wycieczce w Wetzlar. Pojechaliśmy pociągiem z Linden, przez GieSen. Dworzec i okolice w Wetzlar są nowoczesne, jest tu wiele sklepików i galerii, ponoć to ulubione miejsce dla Niemców na zakupy. Wetzlar leży nad rzeką Lahn, w oddali widoczny jest budynek firmy Leica - producenta cenionych aparatów fotograficznych. Centrum to typowe pruskie budownictwo, ładnie zachowane, a najważniejszą budowlą jest katedra, o tyle ciekawa, że zaczęto ją budować w stylu romańskim, potem rozbudowywano już w stylu gotyckim, jednak miasto nawiedziło wiele nieszczęść - dżuma, a w końcu bankructwo miasta, tak, że katedra nie została dokończona. Późniejsze zakupy nie były zbyt ciekawym przeżyciem, podobnie jak wszędzie dominuje tu w sklepach chińska tandeta.